//Perspektywa Scorpion'a\\
Wróciłem z misji.
Chciałem jak najszybciej przywitać się z moją żoną. Poszedłem
do mojego pokoju. Nie było jej. W pewnym momencie usłyszałem hałas
w głównej sali. Tak się za nią stęskniłem, iż pobiegłem
do pomieszczenia. Z hukiem otworzyłem drzwi. Ten widok był
straszny. Elizabeth leżała na podłodze. Na niej siedziała Mileena
wyrywając jej kręgosłup. Nad nimi stała Kitana z Goro.
Przerażające. Ten ból, który czułem w sercu, był
nie do opisania. Rzuciłem kulą ognia w Kitanę, Goro i Mileenę.
Upadli na ziemię. Byłem tak wściekły, że nie myślałem o niczym
innym niż zabiciu ich. Wziąłem ciało mojej ukochanej na ręce.
Pobiegłem do bramy. Spaliłem główną salę razem z nimi.
Delikatnie odgarnąłem jej włosy z twarzy. Teleportowałem się do
Johnny'ego. Położyłem zmasakrowaną Elizabeth na stolę.
-Co jej się stało?-
spytał Johnny.
Nie mogłem nic
odpowiedzieć. Łzy napłynęły mi do oczu.
-Czy ona żyje?-szepnąłem.
Mężczyzna zbadał moją
kobietę.
-Nie. Mogę przeprowadzić
sekcję zwłok, ponieważ coś mnie niepokoi?- powiedział.
-Możesz...-spojrzałem
się na twarz Elizabeth.
Była zimna. Bez uczuć.
Zakrwawiona. Martwa.
Cage rozciął brzuch
mojej żony. Wyjął z niego malutki zarodek.
-Scorpion'ie, to było
twoje dziecko- spojrzał na mnie.
Moje dziecko? Moje
dziecko... To było moje dziecko! Straciłem moją miłość i
dziecko. Życie straciło sens. Już nic nie jest ważne. Nie
wytrzymałbym tutaj. Mam dość. Wyczarowałem kulę ognia. Rzuciłem
nią sobie w klatkę piersiową. Obym spotkał się z moja Elizabeth.
Kocham ją.