środa, 11 listopada 2015

"Całą noc..." (rozdział 19)

"-Serce lodu,
-pióro Feniksa,
-Pierścień Zagłady.”
Gdzie ja znajdę te rzeczy? Odłożyłem książkę i zakryłem twarz dłońmi. Poczułem się bezsilny.
-Wiem gdzie można znaleźć te rzeczy- powiedziała uśmiechnięta Clementine.
-Naprawdę?- nie dowierzałem.
-Najłatwiej jest zdobyć pióro Feniksa. Kotal Kahn ma jednego ptaka tego gatunku. Nazywa się Lilith- spojrzała na mnie ciepłym wzrokiem.
-Co zresztą rzeczy?
-Pierścień Zagłady ma Ermac, lecz strzeże go jak oka w głowie. Serce lodu to serce Frost. Musisz ją zabić, aby wziąć składnik- uśmiechnęła się.
-Skąd to wszystko wiesz?
-Od Elizabeth- spojrzała na regał z książkami.
Wstałem i podszedłem do dziewczynki. Położyłem dłoń na jej ramieniu. Teleportowaliśmy się do komnaty Kotal Kahn'a.
-Co cię tu sprowadza Scorpionie?- spytał serdecznym głosem mężczyzna.
-Moja żona nie żyje. Poznałem składniki, żeby ją odzyskać- rzekłem.
-Czego potrzebujesz?
-Jednego z piór twojego ptaka- powiedziałem poważnie.
Kotal Kahn zawołał donośnym głosem Lilith. Ptak usiadł mu na ramieniu i mężczyzna wyrwał mu jedno płonące pióro. Wręczył mi je.
-Jestem ci dozgonnie wdzięczny. Żegnaj- spojrzałem mężczyźnie w oczy.
-Dowidzenia przyjacielu- uśmiechnął się.
Od razu teleportowałem się z Clemetine do jaskini Ermac'a.
-Czego chcesz Scorpionie?- spytał zdenerwowany Ermac.
-Potrzebuję twojej pomocy- rzekłem.
-Ha! Niczego ode mnie nie dostaniesz!-krzyknął drwiącym tonem.
Nagle Clementine podeszła do niego. Spojrzała mu prosto w oczy. Mężczyzna upadł. Dziewczynka zdjęła mu pierścień z palca i dała go mi. Byłem w wielkim szoku. Pocałowałem ją w czoło. Udaliśmy się do Frost. Wiedziałem, że to nie będzie miła wizyta. Dla mnie.
-Kochanie!-rzuciła mi się na szyję Frost.
Odsunąłem się od niej.
-Cały czas jesteś taki oziębły- zasmuciła się.
-Nigdy cię nie pokocham- rzuciłem srogie spojrzenie.
-Potrzebuję twojego serca- dodałem.
-Żeby je zdobyć musisz mnie pocałować. Namiętnie. Musisz zostać na noc. Całą noc... 

sobota, 15 sierpnia 2015

INFORMACJA

Przepraszam, że nie ma rozdziałów, ale jest tak gorąco, iż nie mogę myśleć. Gdy zrobi się chłodniej od razu zaczynam pisać dalej. :D Spokojnie. c: Nie skończę z pisaniem. ^^

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Clementine (rozdział 18)

Przeniosłem się do dziwnego miejsca. Dziwnego, a zarazem pięknego. Wyglądało jak niebo. Lecz czy to było niebo? Sam nie wiem. Rozejrzałem się dookoła. W oddali, przede mną, stała jakaś postać. Widziałem jedynie jej zarys. Usłyszałem głos Elizabeth „Scorpion...”. Zacząłem biec. Biec w jej stronę. Zbliżałem się. Z każdym kolejnym krokiem widziałem więcej. Obok postaci stała druga, o wiele niższa, postać. Biegłem ile sił w nogach. Po chwili zobaczyłem ich twarze. To była Elizabeth z jakąś dziewczynką. Rzuciłem się w ramiona mojej ukochanej. Mogłem poczuć jej bliskość. Jej oddech. Jej zapach. Lecz nie czułem jej bicia serca.
-Mamo, mamo, kto to jest?-spytała dziewczynka.
„Mamo”?
Elizabeth kucnęła przy niej. Pogłaskała ją po głowie z uśmiechem.
-To jest twój tatuś, kochanie- szepnęła.
Po chwili wstała i spojrzała mi prosto w oczy.
-To twoja córka, Clementine- złapała mnie za ręce.
Jej głos był taki spokojny. Czuły.
-Właściwie jak się tu dostałeś?- spytała.
-Nieważne. Najważniejsze jest to, że mogę tu zostać- uśmiechnąłem się.
-Nie możesz- jej głos się zmienił.
Teraz był ostry.
-Ty i Clementine musicie wrócić na Ziemię- spojrzała na mnie srogo.
-Zostaję- odwzajemniłem spojrzenie.
Nagle Elizabeth popchnęła mnie i dziewczynkę. Staliśmy obok siebie. Moja ukochana szeptała jakieś zdania. Jej oczy zrobiły się białe. Jej twarz nie miała uczuć. Była zimna. Tak samo jak widziałem ją ostatni raz.
-Elizabeth, nie!- krzyknąłem.
Po chwili byłem w normalnym świecie. Leżałem na stole u Cage'a. Obok stała ta dziewczynka. Miała piękne, długie białe włosy. Była szczupła nawet za bardzo.
-Clementine... masz oczy po mamie- pogłaskałem ją po twarzy.

Była tak ciepła jak Elizabeth. Przypominała ją. Za bardzo. Złapałem ją za rękę i teleportowałem nas do świątyni. Znaleźliśmy się w bibliotece. Właśnie tutaj chciałem się znaleźć. Zacząłem szukać książki. Na półce stała ta- „O śmierci i zaświatach”. Właśnie tego szukałem. Od razu znalazłem rozdział o przywracaniu kogoś do życia.  

piątek, 10 lipca 2015

WYJAŚNIENIE

//Perspektywa Scorpion'a\\
Wróciłem z misji. Chciałem jak najszybciej przywitać się z moją żoną. Poszedłem do mojego pokoju. Nie było jej. W pewnym momencie usłyszałem hałas w głównej sali. Tak się za nią stęskniłem, iż pobiegłem do pomieszczenia. Z hukiem otworzyłem drzwi. Ten widok był straszny. Elizabeth leżała na podłodze. Na niej siedziała Mileena wyrywając jej kręgosłup. Nad nimi stała Kitana z Goro. Przerażające. Ten ból, który czułem w sercu, był nie do opisania. Rzuciłem kulą ognia w Kitanę, Goro i Mileenę. Upadli na ziemię. Byłem tak wściekły, że nie myślałem o niczym innym niż zabiciu ich. Wziąłem ciało mojej ukochanej na ręce. Pobiegłem do bramy. Spaliłem główną salę razem z nimi. Delikatnie odgarnąłem jej włosy z twarzy. Teleportowałem się do Johnny'ego. Położyłem zmasakrowaną Elizabeth na stolę.
-Co jej się stało?- spytał Johnny.
Nie mogłem nic odpowiedzieć. Łzy napłynęły mi do oczu.
-Czy ona żyje?-szepnąłem.
Mężczyzna zbadał moją kobietę.
-Nie. Mogę przeprowadzić sekcję zwłok, ponieważ coś mnie niepokoi?- powiedział.
-Możesz...-spojrzałem się na twarz Elizabeth.
Była zimna. Bez uczuć. Zakrwawiona. Martwa.
Cage rozciął brzuch mojej żony. Wyjął z niego malutki zarodek.
-Scorpion'ie, to było twoje dziecko- spojrzał na mnie.

Moje dziecko? Moje dziecko... To było moje dziecko! Straciłem moją miłość i dziecko. Życie straciło sens. Już nic nie jest ważne. Nie wytrzymałbym tutaj. Mam dość. Wyczarowałem kulę ognia. Rzuciłem nią sobie w klatkę piersiową. Obym spotkał się z moja Elizabeth. Kocham ją. 

wtorek, 30 czerwca 2015

Koniec...

Były to obrączki. Gdy je podniosłam stało się coś dziwnego. Uniosły się naprzeciwko moich oczu. Ukazała mi się wizja. Mileena, która obudowuje jaskinię. Kitana, która zbiera swe wojsko. Goro, który robi się coraz mocniejszy. Wizja minęła. Czy to była przyszłość? Nie chcę w to wierzyć. Rzuciłam pierścionkami o podłogę i wyszłam. To było dla mnie za wiele. Usiadłam na krześle w sali głównej. Siedziałam zrozpaczona. W pewnym momencie wrócił Scorpion z Sub-zero. Mój narzeczony podbiegł do mnie.
-Kochanie, co się dzieje?- uklęknął przy mnie.
-Coś mi wpadło do oka- skłamałam.
Nie mogłam mu powiedzieć co zobaczyłam. Scorpion wziął mnie na ręce i zaniósł do pokoju.
-Zostań tu- położył mnie na łóżku i wyszedł.
Czekałam około godziny.
-Chodź ze mną- wyciągnął rękę.
Kierowaliśmy się w stronę sali głównej. Stanęliśmy przed wejściem.
-Zamknij oczy- szepnął.
Jeżeli mnie o to poprosił, nie sprawiałam problemu. Scorpion zaprowadził mnie do środka. Otworzyłam oczy. Cała sala była w białych ozdobach. Na środku stał wielki łuk weselny. Po bokach siedzieli goście. Mój narzeczony prowadził mnie pod łuk. Stał tam mężczyzna w kapeluszu. Zatrzymaliśmy się pod ołtarzem.
-Czy ty, Scorpion'ie, przysięgasz Elizabeth Swain: miłość, wierność, lojalność, ufność i uczciwość?-spytał mężczyzna.
-Przysięgam- odpowiedział.
-A czy ty, Elizabeth Swain przysięgasz Scorpionowi: miłość, wierność, lojalność, ufność i uczciwość?
-Przysięgam- odpowiedziałam.
-I, że cię nie opuszczę aż do śmierci- powiedzieliśmy oboje.
Założyliśmy sobie obrączki.
-Możecie się pocałować- oznajmił.
Ten pocałunek był niezwykły. Po ceremonii Scorpion od razu zabrał mnie do pokoju.
-Dlaczego nie świętujemy?- spytałam.
-Nie chcę świętować z nimi- dotknął mojego policzka.
Wpierw zjedliśmy tort weselny. Później spędziliśmy razem noc. Wspaniałą noc. Pierwszy raz obudziłam się obok Scorpion'a.
-Cześć- przywitałam się.
-Witaj księżniczko- przywitał się.
Nagle jego bransoleta zamigała.
-Elizabeth... misja...- powiedział i teleportował się.
Za pewne Sub-zero też nie ma. Stwierdziłam, iż znowu pójdę do lasu. Stanęłam przed bramą. Wszystkie wspomnienia związane z „kamieniem ostrza” powróciły. Uchyliłam bramę i wyszłam na zewnątrz. Moja serce przestało bić. Kilka metrów przede mną stał Goro. O wiele silniejszy niż wcześniej. Pobiegł do mnie. Uderzył mnie w twarz. Nastała ciemność. Wybudził mnie silny cios w potylice. Byłam w dziwnym pomieszczeniu, przykuta łańcuchami. Nade mną stał Goro. Była to jaskinia. Słyszałam drapanie o kamień. To Mileena. Jej kły były odrażające. Chciałam się wyrwać. Ona podbiegła do mnie. Zaczęła wyżerać mi ramię. Ten ból był nie do zniesienia. Zaczęłam krzyczeć. Nagle do jaskini weszła Kitana.
-Mileenko, teraz jej nie zjadaj. Później to zrobisz- zaśmiała się.
Mileena przestała. Trzymając mięso w ustach szepnęła „Delicious”. Bo był koszmar. Przynajmniej o tym marzyłam. Moi najgorsi wrogowie złączyli siły, aby mnie pokonać. Kitana stanęła nade mną z wachlarzem. Zaczęła podcinać mi krtań. Nagle wtrąciła się Mileena.
-Poczekaj. Mam lepsze miejsce- wszyscy się jej złapali.
Swoją ohydną dłonią dotknęła mojej twarzy. Znaleźliśmy się w sali głównej świątyni. Zapięli mnie w łańcuchy.
-To będzie odpowiednie miejsce- stwierdziła.
Goro podszedł do mnie i kopnął mnie w klatkę piersiową. Czułam jak moje żebra się łamią. Leżałam na podłodze bez ruchu. Wszystko mnie bolało. Nie miałam siły. W pewnym momencie Mileena zaczęła mnie dusić. Próbowałam się wyrwać.
-Zanim wykonasz ruch dobrze zastanów się nad nim, bo każdy łyk powietrza może być twoim ostatnim- powiedziała zaciskając coraz mocniej.
Nic nie miało sensu.
-Wiedz, że koniec nie będzie dla ciebie miły, a wszystkie najgorsze sny dzisiejszej nocy się spełniły- wreszcie puściła moje gardło.
Myślałam, że odpuściła. Myliłam się. Przekręciła moje ciało. Zaczęła wyżerać okolice kręgosłupa.
-Wejdź na łódkę, a ja jak Charon wezmę cię ze sobą. Dzień twoich urodzin będzie obchodzony żałobą- szepnęła wyrywając mi kawałek kręgosłupa.
Usłyszałam cichy śpiew...
„Come little children, I'll take thee away
into a land of enchantment.
Come little children the time's come to play,
here in my garden of shadows.

Follow sweet children, I'll show thee the way
through all the pain and the sorrows.
Weep not poor children for life is this way
murdering beauty and passion.

Hush now dear children, it must be this way
too weary of life and deceptions.
Rest now my children for soon we'll away
into the calm and the quite„


Żadnego bólu. Żadnych zmartwień. Żadnych łez. Dźwięk otwierających się drzwi, był ostatnim dźwiękiem, który usłyszałam. Poczułam wolność. Zawsze pragnęłam odnaleźć tą cienką granicę
między radą a uczciwością własnych emocji. Bo przecież jakże często wpadałam w wir wspomagania innych, słowem, radą, a bywa niestety tak, że to, co było dobre dla mnie, dla drugiego człowieka mogło okazać się zgubne. To dlatego właśnie szukałam w sobie tej prawdy ukrytej gdzieś głęboko w moich emocjach, moim doświadczeniu. Wierzyłam w to, że prawda ta zawsze leży gdzieś tam, na tej cienkiej linii, granicy faktów. Przede mną pojawiła się postać. Był to anioł. Wyciągnął do mnie dłoń. Poczułam się bezpieczna. Podałam rękę istocie...

niedziela, 28 czerwca 2015

Najsłabsze ogniwo (rozdział 17)

Ja mam iść na misję? Zanim zdążyłam powiedzieć co o tym myślę, byłam już w dziwnym miejscu. Było tam bardzo dużo ludzi z mocami. Wszyscy byli ustawieni w idealne szeregi. Nie wiedziałam co robić. Stanęłam na samym końcu. Nie wiedziałam, że Scorpion jest ich przywódcą.
-To jest najważniejsza wojna, którą dotychczas mieliśmy. Walczcie z całych sił- oznajmił.
Wszyscy stanęli na baczność.
-Do boju!- wskazał ręką na przeciwników.
Pobiegli z wielkim hukiem. Wiedziałam, że będę najsłabszym ogniwem. Na samym środku pola bitwy była szczelina z lawą w środku. Bałam się walczyć. Obserwowałam mężczyznę z opaską na oczach. Był niewidomy. Wiedziałam co czuł. Zauważyłam, że w jego stronę biegnie trzech zmutowanych ludzi. Nie mogłam tego tak zostawić. Pobiegłam do nich i ich zamroziłam. Jednego uderzyłam pięścią w twarz. Drugiego kopnęłam w brzuch. Ostatniemu odcięłam głowę lodowym mieczem. Ku mojemu zdziwieniu, rozpadli się na kawałeczki. Moją uwagę przyciągnęła kobieta szarżująca od tyłu na mojego mężczyznę. Nie widział jej. Stał tuż przy szczelinie. W ułamku sekundy popchnęła go z całej siły w szczelinę. Scorpion jednak nie dawał za wygraną. Złapał się łańcuchami ścian szczeliny. Stanął na ziemi i rzucił kulą ognia w rywalkę. Jej zwęglone ciało upadło. Podczas oglądania walki Scorpion'a dwie dziewczyny rzuciły we mnie sztyletami. Uniknęłam ich robiąc przewrót w tył. Wyczarowałam dwa lodowe pistolety i strzeliłam im w głowy. Obie upadły nieżywe. Nagle Scorpion przybiegł do mnie i chwycił mnie za rękę.
-Musisz wracać- przeniósł nas do świątyni.
-Muszę walczyć- zdenerwowałam się.
-To dla twojego dobra- pocałował mnie.

Znowu przeniósł się na pole walki. Zostałam sama. Zamartwiałam się nad życie. Chodziłam w kółko po pokoju. W pewnym momencie nadepnęłam na deskę. Delikatnie podniosła się. Postanowiłam ją zerwać. To co zobaczyłam zaparło mi dech w piersiach...


Obiecałam to dodaję. :3 Dzisiaj chyba już nie będzie rozdziału. ;c  

sobota, 27 czerwca 2015

Już wiem jak to jest (rozdział 16)

Upadłam na kolana. Czułam jakby moja twarz płonęła.
-Nic nie widzę- powiedziałam.
-Eli... trucizna wyżarła ci twarz razem z oczami- odpowiedział Sub-zero.
Poczułam na ramieniu męską dłoń. Ten mężczyzna wziął mnie na ręce.
-Kim jesteś?- spytałam cicho.
-To ja kochanie. Scorpion- szepnął.
Położył mnie na stolę.
-Przyniosę leki przeciwbólowe- powiedziała dziewczyna.
Usłyszałam, że ktoś otworzył drzwi.
-Co się dzieje?- spytał jakiś inny kobiecy głos.
-Sonya, jak dobrze, że jesteś. Elizabeth zaraziła się trucizną „kamienia ostrza”- powiedział Sub-zero.
Zawsze zastanawiałam się jak to jest, gdy nic nie widzisz. Teraz już wiem. Nie wiesz kto cię dotyka. Rozpoznajesz tylko głosy. Nie wiesz co się dzieje wokół ciebie. Jesteś zdany tylko na inne zmysły.
-Mamy ostatnią ampułkę lekarstwa- powiedziała Sonya, albo tamta dziewczyna. Sama nie wiem. Mają bardzo podobne głosy.
Poczułam ukłucie w przedramię.
-Za dwie godziny powinna odzyskać swoją twarz- powiedziała Sonya.
-Dziękuję- odpowiedział Scorpion.
Nawet nie chcę wiedzieć jak wygląda moja twarz. Raczej wyżarta dziura na miejscu mojej twarzy.
-Ja zostaję- usłyszałam głos Scorpion'a.
Po chwili ktoś usiadł na krześle obok mojego łóżka. Męska dłoń złapała mnie za rękę.
-Scorpion?- spytałam dla pewności.
-Tak, to ja. Jak się czujesz?
-Mniej boli, ale boję się, że już nie odzyskam twarzy. Już nigdy cię nie zobaczę- zapewne łzy spłynęły mi po policzkach, gdybym tylko je miała.
-Nawet tak nie mów. Wszystko będzie dobrze. Dalej będziemy szczęśliwi- pocieszał mnie.
Poczułam dziwny skurcz w okolicy czoła.
-Co się dzieje?- spytałam.
-Twoje czoło... odrodziło się- powiedział szczęśliwy.
Poczułam ulgę. Wszystko wraca do normy. Po kilku godzinach odzyskałam całą twarz. Bałam się otworzyć oczy. Bałam się mojego odbicia w lustrze. Scorpion zaprowadził mnie do łazienki.
-Otwórz oczy- szepnął.
Delikatnie podniosłam powieki. Moja twarz była z powrotem. Nagle wbiegł Sub-zero.

-Musimy iść na niebezpieczną misję. Wszyscy!


Kolejny rozdział. :3 Jutro, do południa, będzie następny. :D