Były to obrączki. Gdy je
podniosłam stało się coś dziwnego. Uniosły się naprzeciwko
moich oczu. Ukazała mi się wizja. Mileena, która obudowuje
jaskinię. Kitana, która zbiera swe wojsko. Goro, który
robi się coraz mocniejszy. Wizja minęła. Czy to była przyszłość?
Nie chcę w to wierzyć. Rzuciłam pierścionkami o podłogę i
wyszłam. To było dla mnie za wiele. Usiadłam na krześle w sali
głównej. Siedziałam zrozpaczona. W pewnym momencie wrócił
Scorpion z Sub-zero. Mój narzeczony podbiegł do mnie.
-Kochanie, co się
dzieje?- uklęknął przy mnie.
-Coś mi wpadło do oka-
skłamałam.
Nie mogłam mu powiedzieć
co zobaczyłam. Scorpion wziął mnie na ręce i zaniósł do
pokoju.
-Zostań tu- położył
mnie na łóżku i wyszedł.
Czekałam około godziny.
-Chodź ze mną- wyciągnął
rękę.
Kierowaliśmy się w
stronę sali głównej. Stanęliśmy przed wejściem.
-Zamknij oczy- szepnął.
Jeżeli mnie o to
poprosił, nie sprawiałam problemu. Scorpion zaprowadził mnie do
środka. Otworzyłam oczy. Cała sala była w białych ozdobach. Na
środku stał wielki łuk weselny. Po bokach siedzieli goście. Mój
narzeczony prowadził mnie pod łuk. Stał tam mężczyzna w
kapeluszu. Zatrzymaliśmy się pod ołtarzem.
-Czy ty, Scorpion'ie,
przysięgasz Elizabeth Swain: miłość, wierność, lojalność,
ufność i uczciwość?-spytał mężczyzna.
-Przysięgam-
odpowiedział.
-A czy ty, Elizabeth Swain
przysięgasz Scorpionowi: miłość, wierność, lojalność, ufność
i uczciwość?
-Przysięgam-
odpowiedziałam.
-I, że cię nie opuszczę
aż do śmierci- powiedzieliśmy oboje.
Założyliśmy sobie
obrączki.
-Możecie się pocałować-
oznajmił.
Ten pocałunek był
niezwykły. Po ceremonii Scorpion od razu zabrał mnie do pokoju.
-Dlaczego nie świętujemy?-
spytałam.
-Nie chcę świętować z
nimi- dotknął mojego policzka.
Wpierw zjedliśmy tort
weselny. Później spędziliśmy razem noc. Wspaniałą noc.
Pierwszy raz obudziłam się obok Scorpion'a.
-Cześć- przywitałam
się.
-Witaj księżniczko-
przywitał się.
Nagle jego bransoleta
zamigała.
-Elizabeth... misja...-
powiedział i teleportował się.
Za pewne Sub-zero też nie
ma. Stwierdziłam, iż znowu pójdę do lasu. Stanęłam przed
bramą. Wszystkie wspomnienia związane z „kamieniem ostrza”
powróciły. Uchyliłam bramę i wyszłam na zewnątrz. Moja
serce przestało bić. Kilka metrów przede mną stał Goro. O
wiele silniejszy niż wcześniej. Pobiegł do mnie. Uderzył mnie w
twarz. Nastała ciemność. Wybudził mnie silny cios w potylice.
Byłam w dziwnym pomieszczeniu, przykuta łańcuchami. Nade mną stał
Goro. Była to jaskinia. Słyszałam drapanie o kamień. To Mileena.
Jej kły były odrażające. Chciałam się wyrwać. Ona podbiegła
do mnie. Zaczęła wyżerać mi ramię. Ten ból był nie do
zniesienia. Zaczęłam krzyczeć. Nagle do jaskini weszła Kitana.
-Mileenko, teraz jej nie
zjadaj. Później to zrobisz- zaśmiała się.
Mileena przestała.
Trzymając mięso w ustach szepnęła „Delicious”. Bo był
koszmar. Przynajmniej o tym marzyłam. Moi najgorsi wrogowie złączyli
siły, aby mnie pokonać. Kitana stanęła nade mną z wachlarzem.
Zaczęła podcinać mi krtań. Nagle wtrąciła się Mileena.
-Poczekaj. Mam lepsze
miejsce- wszyscy się jej złapali.
Swoją ohydną dłonią
dotknęła mojej twarzy. Znaleźliśmy się w sali głównej
świątyni. Zapięli mnie w łańcuchy.
-To będzie odpowiednie
miejsce- stwierdziła.
Goro podszedł do mnie i
kopnął mnie w klatkę piersiową. Czułam jak moje żebra się
łamią. Leżałam na podłodze bez ruchu. Wszystko mnie bolało. Nie
miałam siły. W pewnym momencie Mileena zaczęła mnie dusić.
Próbowałam się wyrwać.
-Zanim
wykonasz ruch dobrze zastanów się nad nim, bo każdy łyk
powietrza może być twoim ostatnim-
powiedziała zaciskając coraz mocniej.
Nic
nie miało sensu.
-Wiedz,
że koniec nie będzie dla ciebie miły, a wszystkie najgorsze sny
dzisiejszej nocy się spełniły- wreszcie puściła moje gardło.
Myślałam,
że odpuściła. Myliłam się. Przekręciła moje ciało. Zaczęła
wyżerać okolice kręgosłupa.
-Wejdź
na łódkę, a ja jak Charon wezmę cię ze sobą. Dzień
twoich urodzin będzie obchodzony żałobą- szepnęła wyrywając mi
kawałek kręgosłupa.
Usłyszałam
cichy śpiew...
„Come
little children, I'll take thee away
into a land of
enchantment.
Come little children the time's come to play,
here
in my garden of shadows.
Follow sweet children, I'll show thee
the way
through all the pain and the sorrows.
Weep not
poor children for life is this way
murdering beauty and
passion.
Hush now dear children, it must be this way
too
weary of life and deceptions.
Rest now my children for soon we'll
away
into the calm and the quite„
Żadnego
bólu. Żadnych zmartwień. Żadnych łez. Dźwięk
otwierających się drzwi, był ostatnim dźwiękiem, który
usłyszałam. Poczułam wolność. Zawsze
pragnęłam odnaleźć tą cienką granicę
między radą a
uczciwością własnych emocji. Bo przecież jakże często wpadałam
w wir wspomagania innych, słowem, radą, a bywa niestety tak, że
to, co było dobre dla mnie, dla drugiego człowieka mogło okazać
się zgubne. To dlatego właśnie szukałam w sobie tej prawdy
ukrytej gdzieś głęboko w moich emocjach, moim doświadczeniu.
Wierzyłam w to, że prawda ta zawsze leży gdzieś tam, na tej
cienkiej linii, granicy faktów. Przede mną pojawiła się postać. Był to anioł. Wyciągnął do mnie dłoń. Poczułam się bezpieczna. Podałam rękę istocie...